Jak stworzyłem swoją firmę. Część 3: Światełko w tunelu

2018-11-07T11:35:22+00:00
Opowiedziałem już w poprzednich częściach, skąd się wziął pomysł na najlepszy na świecie uchwyt do telefonu 😉 – i co mi na początku poszło nie tak. Dzisiaj opowiadam, jak powstał projekt.

Jak już być może wiesz z poprzednich części (tutaj i tutaj), moja firma Berrolia wzięła się z pomysłu, że samochodowy uchwyt do telefonu może być dziełem sztuki. Świat jest pełen badziewnych uchwytów plastiku, które wprost nie licują z pięknymi wnętrzami dzisiejszych samochodów. Chciałem to zmienić.

Przeprowadzone w 2014 roku badanie rynku (raport możesz pobrać tutaj) pokazało mi, że:

  • pomysł zrobienia uchwytu z materiałów premium spodobał się klientom,
  • mój pierwszy zamiar, żeby uchwyt montować w otworze na płyty CD nie spotkał się, delikatnie mówiąc, ze zrozumieniem 🙂

Trzeba było wymyślić coś innego.

Podstawowe pytanie: jak montować uchwyt na telefon?

Skoro nie otwór na płyty CD, to co w zamian? Jak montować uchwyt? Chciałem tym razem już nie eksperymentować, i zamiast tego pójść w jakieś standardowe rozwiązanie. Tak, żeby dla każdego było oczywiste, jak to działa.

Do wyboru były:

  • przyssawka na szybę,
  • uchwyt wkładany do miejsca na kubek z kawą,
  • przyklejanie czegoś do deski rozdzielczej,
  • montaż do kratek nawiewu.

Z doświadczenia wiedziałem, że przyssawki nieustannie odpadają i psują się od promieni słonecznych. Potwierdziły to komentarze pod Kickstarterową kampanią Nika Conomosa, który jako pierwszy zrobił uchwyt klasy premium. Wielu klientów narzekało na jakość i odpadanie przyssawek. A przecież użył najlepszych dostępnych na rynku materiałów.

Z pozostałych pomysłów – uchwyt na kubek z kawą nie jest w każdym samochodzie, a przyklejanie czegokolwiek do deski rozdzielczej, która często jest obita skórą, nadal wydaje mi się na granicy świętokradztwa 🙂

Dlatego zdecydowałem się na montaż mojego uchwytu do kratek nawiewu.

Pierwszy działający prototyp

Dość szybko wyobraziłem sobie, jak powinien wyglądać podstawowy kształt. Wiedziałem, że:

  • musi mieć z tyłu mocowanie do kratki,
  • na dole powinien być uchwyt na kabelek ładujący,
  • powinien być „smukły”, żeby pewnie trzymał telefon w pionie.

Od razu wiedziałem też, że będzie to uchwyt do iPhone’a. Z moich wcześniejszych doświadczeń przy robieniu aplikacji wiedziałem, że właściciele iPhone’ów są najlepszymi klientami. Są przyzwyczajeni do płacenia większych pieniędzy za różne rzeczy – a o to przecież chodzi :).

Ten wybór sprawdza się zresztą do tej pory. Pomimo tego, że wprowadziliśmy do oferty uchwyty do telefonów z Androidem, wersje do iPhone’ów ciągle stanowią 80% sprzedaży.

Z prac nad poprzednim prototypem wyniosłem dość dobrą znajomość programu Autodesk Inventor. Dlatego w ciągu jednego popołudnia zdołałem stworzyć pierwszy prototyp i wysłać go do wydrukowania na drukarce 3D. Wyglądał tak:

Okazał się super użyteczny. Używałem go bez przerwy chyba z pół roku. Chciałem zobaczyć, jak jego podstawowe założenia sprawdzają się w codziennym używaniu. Okazało się, że nie trzeba było praktycznie nic poprawiać.

Po wcześniejszych niepowodzeniach, to było wreszcie to!

I to jest coś, na co Ty też powinieneś się psychicznie przygotować. Prowadzenie swojej firmy to, z moich doświadczeń, ciągłe wzloty i upadki. Przeczekanie upadków wymaga niemałej odporności, ale wzloty to wynagradzają. Oj, jak wynagradzają 🙂

A co z materiałami i wyglądem?

Już wiedziałem, że Berrolia działa. Wiedziałem też, że musi być zrobiona z materiałów premium. W grę wchodziła:

  • naturalna skóra,
  • stal nierdzewna,
  • aluminium,
  • i ewentualnie egzotyczne drewno.

Ale nie umiałem sam wymyślić, jak to wszystko poskładać w całość. Chciałem, żeby Berrolia wyglądała jak milion dolarów. A nie wiedziałem, jak to zrobić.

Zacząłem szukać kogoś, kto mi w tym pomoże. Może to dzisiaj wygląda śmiesznie, ale ja w ogóle nie wiedziałem, jakiego rodzaju ludzie się tym zajmują. Wiem, że strażak gasi pożary. Ale kto zajmuje się tym, żeby produkt ładnie wyglądał?

Pomógł mi przypadek. Był to czas wielkiego sukcesu kostki do gry Dice+. W jakimś artykule przeczytałem, że jej wygląd jest dziełem studia Mindsailors z Poznania, które zajmuje się projektowaniem produktów. I po nitce do kłębka dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak product designer czyli taki plastyk-projektant, którego zawodem jest planowanie wyglądu i funkcjonalności produktów. Dziedzina którą taki ktoś uprawia nazywa się industrial design.

Szukam projektanta

Od razu moje poszukiwania poszły w dwóch kierunkach. Zacząłem szukać studia projektowego w Polsce, a najlepiej w Łodzi. Wyobrażałem sobie, że współpraca z takim studiem będzie najlepsza, jeżeli będziemy mogli się często spotykać i, krok po kroku, dochodzić do rozwiązania.

Drugi kierunek moich poszukiwań to studia projektowe za granicą, które mają doświadczenie w podobnych produktach. Znalazłem stronę Design Directory, na której była lista takich firm.

Z kilkudziesięciu prób nawiązania kontaktu wyszło, że firmy z doświadczeniem mają dość wysokie stawki. Dolna granica w przypadku firm europejskich to 12.000 euro. W przypadku firm w Polsce to było około 30.000 zł. Nie chciałem inwestować takich kwot. Oczywiście gdyby miał jaką-taką pewność, że projekt wypali, może bym zaryzykował.

Jednak przy różnych okazjach współpracowałem już z artystami – grafikami, copywriterami, projektantami. I niestety wiem, że nawet w renomowanych firmach bardzo łatwo można trafić na takich pół-artystów, których wyniki pracy są żałosne.

Znasz to uczucie, kiedy firma wynajęta za spore pieniądze przedstawia efekty swojej pracy i… nawet nie wiadomo, jak to skomentować. Efekt jest kompletnie, ale to kompletnie do niczego. I nawet nie widzisz punktu zaczepienia do tego, żeby im dać uwagi. Bo to, co dostałeś, jest jakby z innej bajki.

I to wcale nie są rzadkie sytuacje. Bałem się tego.

Zdawałem sobie też sprawę, że produkt nie będzie łatwy do wymyślenia.

Dlaczego? Powiedz projektantowi, żeby narysował nowoczesny tramwaj. Albo sokowirówkę. Każdy poradzi sobie z tym bez problemu. To są przedmioty duże, z wieloma elementami i wystarczy dodać kilka wygiętych linii i coś błyszczącego, żeby projekt wyglądał jak Ferrari.

Jednak zaprojektowanie małego, prostego przedmiotu z kilku elementów jest, wbrew pozorom, znacznie trudniejsze. I łatwiej o projekt, który nie będzie się nadawał.

Były sobie dwa projekty. I dwaj projektanci

Dlatego przyjąłem inną strategię. Ta strategia potem doskonale sprawdziła mi się przy innych okazjach. I Tobie też ją polecam.

Każdy projekt, taki jak tworzenie produktu, ma kilka kluczowych etapów. Takich, w których jeżeli coś pójdzie nie tak, co cały projekt idzie do kosza. Takim właśnie etapem było w Berrolii projektowanie wyglądu. Jeżeli wygląd by nie wyszedł, to cały projekt traci sens.

Do każdego takiego kluczowego etapu szukam dwóch podwykonawców. Nie zawsze najdroższych, ale w końcu często duża kwota na umowie nie idzie w parze z jakością. Jednak zaczynam z nimi pracę równolegle.

Dlaczego?

Bo nie mogę sobie pozwolić na to, żeby ten etap się wysypał. Wyobraź sobie sytuację, w której po roku pracy okazuje się, że się z projektantem nie dogaduję i to co on przedstawia ani trochę nie idzie w dobrym kierunku. Wtedy nie starczyłoby mi już zapału na drugie podejście.

A przy dwóch projektantach jest duża szansa, że przynajmniej jeden z nich zaproponuje coś, co będzie punktem zaczepienia. I wtedy można mu dać wskazówki i poprowadzić dalej.

Jest jeszcze drugi powód. Współpraca może nie wyjść z różnych powodów. Ktoś zachoruje, dostanie inny, duży kontrakt, czy wyjedzie za granicę. I wtedy po pół roku rozmów i wstępnych prac zostajesz z niczym. A takie rzeczy się całkiem często zdarzają.

Praca z dwoma podwykonawcami skutecznie przed czymś takim zabezpiecza. Często tuż przed podpisaniem umowy coś nie wychodzi – i wtedy zawsze zostaje ta druga opcja.

Kogo w końcu wybrałem?

Dlatego wybrałem na początek dwóch designerów.

  • Freelancera z Holandii, który już miał na koncie trochę projektów. Zwróciły moją uwagę zwłaszcza projekty drobnych gadżetów premium, wśród których był również bardzo udany zegarek.
  • Małe studio projektowe z Łodzi. Nie mieli co prawda doświadczenia w podobnych produktach, ale dobrze się z nimi rozmawiało, rozumieli projekt, no i – byli blisko.

Ostatecznie współpraca z obydwoma przebiegała dobrze. Obydwa projekty wprowadziliśmy do produkcji. Jeden z nich sprawdził się doskonale, drugi trochę gorzej. Ten pierwszy to Berrolia No. 1 i jego wersja dla Androida – No. 3. Ten drugi to Berrolia No. 2, którą możesz znaleźć tutaj.

O tym, jak powstawały te finalne projekty i jak wyglądała ich produkcja, opowiem w kolejnym odcinku – już niedługo. 🙂

 

Jak oceniasz ten artykuł?
Po co to czytać??Nadal słabyPrzeciętnyDosyć dobrySuper! (1 ocen, średnia: 5,00)

Loading...

Napisz swój komentarz