Czy bitcoin to bańka spekulacyjna?

2018-10-11T15:16:42+00:00
Chcesz zarobić na bitcoinie i nie wiesz, jak zacząć? Słyszałeś, że koleżanka zarobiła jesienią na samochód, inwestując w bitcoina? Może właśnie życiowa okazja przepływa Ci koło nosa? A może właśnie masz podjąć najgorszą decyzję inwestycyjną w swoim życiu i stracić na kryptowalutach dziesiątki tysięcy? Zanim zdecydujesz, który z tych scenariuszy jest Twój, posłuchaj historii inwestora.

Jan van Dijk był średnim przedsiębiorcą. Powodziło mu się nieźle, ale zawsze miał poczucie, że stać go na więcej. Koledzy już dawno pobudowali wille, a on ciągle gnieździł się w kamienicy w nijakiej części Amsterdamu. Jego zakład od jakiegoś czasu się nie rozwijał i Jan zastanawiał się, na jakim etapie życia popełnił błąd.

Jego przyjaciel Filip zainwestował w bitcoina dwa lata temu. To, co przez pierwszy rok zdawało się zabawą, w ostanim czasie przybrało rozmiary inwestycji życia. Trudno powiedzieć, skąd Filip wiedział o nowym trendzie. Może podpowiedziała mu to intuicja, która już wiele razy kierowała jego decyzjami, prowadząc Filipa do wąskiego kręgu najbogatszych i najbardziej wpływowych mieszkańców miasta nad rzeką Amstel. Teraz Filip likwidował swoje inne inwestycje i inwestował wszystko w kryptowaluty, bo żadne inne aktywa nie mogły pochwalić się stopami wzrostu na poziomie kilku tysięcy procent rocznie.

Jan postanowił, że teraz – albo nigdy. Pierwszymi decyzjami było wzięcie kredytu i wypuszczenie budynku, w którym miał firmę, w leasing zwrotny. Na początku zaczął ostrożnie. Jednak, gdy w ciągu pierwszego tygodnia z inwestycji zarobił więcej, niż z całej swojej firmy przez dwa lata, hamulce puściły. Za całą kwotę, jaką miał do dyspozycji, kupił różne kryptowaluty. Ten ostatni pomysł podpowiedział mu Filip. Podpowiedział, że nierozsądnie jest wkładać wszystkie jajka do jednego koszyka. Przy tak niestabilnym rynku znacznie wyższy poziom bezpieczeństwa osiąga się, trzymając w portfelu kilka rodzajów aktywów.

Tak właśnie zrobił. Portfel Bitcoina uzupełnił jeszcze Zcashem i Ethereum, żeby być lepiej zabezpieczonym przed ewentualnymi tąpnięciami. Postanowił również, że zabezpieczy się, co miesiąc inwestując w złoto 10% zysków z kryptowalut. To była dobra strategia, bo łączyła kosmiczne zyski i spokojne odkładanie na starość. Jan nie był w końcu już wcale młody i wiedział, że może potrzebować tych pieniędzy. Na razie jednak szło jak po maśle. W ciągu siedmiu miesięcy Jan osiągnął 10-krotny zysk z inwestycji. Wreszcie zaczął czuć, że może rozmawiać z Filipem, jak równy z równym. Już nie był tylko jego przyjacielem, ale i równym partnerem. Wreszcie zniknął ten jego kompleks biznesowej niższości, który od lat wlókł się za nim jak cień.

Zaczęło się niewinnie. Jedna duża transakcja nie doszła do skutku. I to nawet nie Jana, tylko innego dużego gracza. Ktoś pokpił sprawę i transakcja, która miała być dobrze zabezpieczona, okazała się kupieniem wydmuszki. W ciągu kilku godzin inni gracze również zaczęli sprawdzać, z czego właściwie zbudowane są ich portfele. Znaczna część to były kontrakty terminowe, które były dobre tak długo, jak długo druga strona kontraktu cieszyła się dobrym zdrowiem. Niestety, jeden z graczy zniknął. Tak po prostu, nikt nie mógł go znaleźć. W powietrzu zaczęło wisieć pytanie: co to właściwie są te kryptowaluty? Czy to się da jakoś spożytkować? Zjeść? Albo chociaż otworzyć tym puszkę mielonki?

Takich pytań nikt nie zadawał sobie wcześniej. Nie miały one znaczenia, bo dopóki ceny rosły po 100-300% miesięcznie – kogo to obchodziło? Ale teraz poszczególni inwestorzy zaczęli sobie wyobrażać świat, w którym zostaną ze swoimi portfelami inwestycji – i co z nimi zrobić?

Jeżeli takie pytanie zadaje sobie jeden inwestor, to nic się złego nie dzieje. Ale jeżeli zada je sobie dziesięciu największych graczy, to zmniejszają oni skalę zakupów. A im wolniej rośnie kurs, tym więcej osób zaczyna się zastanawiać, czy kryptowaluty to rzeczywiście najlepszy sposób na lokowanie majątku życia.

Takie pytanie zadał i Jan. Skoro przez ostatni dzień kurs praktycznie stał w miejscu, to czy nie warto spieniężyć przynajmniej części tego, co kupił? Tak właśnie zrobił. Wystawił ofertę sprzedaży. Po godzinie zaczął się denerwować, bo na ofertę nie było odzewu. To, co dotychczas sprzedawało się w ciągu minut, teraz czekało na kupca jak na zbawienie. I oferta przyszła. W ofercie był co prawda jakiś błąd, bo nie zgadzała się liczba zer. Tak jakby jakiś chochlik czegoś nie dopisał. To oczywiście jest błąd pisarski, a takie błędy przecież łatwo się prostuje między przyjaciółmi. Bo przecież my, ludzie wielkiego biznesu sobie ufamy i prostujemy takie błędy od razu – myślał Jan.

Gdy kolejną godzinę później okazało się, że to jednak nie był błąd, było już za późno. Trudno nawet powiedzieć, że kursy spadły. One tak jakby zniknęły. Podobnie jak kupujący. Z Filipem nie dało się skontaktować. Podobnie jak z kilkoma innymi inwestorami, z którymi Jan dotychczas robił doskonałe interesy, które wyniosły go – może nie na szczyty, ale jednak do grupy bardzo zamożnych obywateli.

Jan przeklął dzień, w którym wpadł na pomysł kryptowalut. I pobłogosławił ten, w którym zaczął odkładać złoto – bo tylko dzięki temu ma z czego wyżywić swoją ukochaną Agnetę i piątkę dzieci. Firmy też już nie ma, bo w szale zakupów kryptowalut kto by się tam zajmował produkcją, sprzedażą, marketingiem i tym podobnymi drobiazgami. Przecież bitcoin zapewniał takie zyski, że nie było czasu na nic innego. A firma stopniowo, bez Jana, umarła.

Teraz Jan jest rentierem. Nie stać go na wiele. Musiał przeprowadzić się do biedniejszej dzielnicy, a dzieci oddać w termin. O dniach chwały przypominają tylko pozostałe bitcoiny, które spokojnie rosną sobie w doniczkach.

Zaraz, zaraz… Jak to w doniczkach?? Bitcoiny?

Właśnie w doniczkach. Bo historia wydarzyła się naprawdę w Amsterdamie w latach 1636-37. Bitcoiny nazywały się wtedy Viceroy (viseroji) i wyglądały tak:

Oprócz wyglądu niewiele różniło je od obecnych bitcoinów. Podobnie jak one, drożały na potęgę, choć nikt do końca nie wiedział, dlaczego. Podobnie do nich, miały jakąś wartość użytkową, ale nikt nie był pewny, jak dużą ani skąd właściwie ta wartość użytkowa się bierze.

Czy bitcoin jest narzędziem przyszłości, czy „tulipanem”?

Bańka spekulacyjna. Co to takiego?

Dyskusja na temat baniek spekulacyjnych z pewnością obiła Ci się już o uszy. Gdy coś drożeje, zaraz podnosi się wiele głosów mówiących z troską – „ooo, to na pewno bańka” i „ciekawe ile osób tym razem potraci majątki”. Z drugiej strony widzisz i słyszysz o ludziach, którzy właśnie w dobrym momencie zainwestowali w złoto, akcje, kontrakty na ropę, Ethereum czy co tam jeszcze. I którzy z tego powodu kupują sobie właśnie samochód za 200 tysięcy – bo teraz ich stać.

Z jednej strony – obawa przed utratą majątku życia. Z drugiej strony pozytywna ekonomiczna chciwość, która napędza nas do działania po to, by mieć więcej.

Ludzie z Convoy Investments porównali ceny kilku aktywów, których ceny po fakcie okazały się bańkami. Bitcoin już jest rekordzistą. Jego wzrost cen w porównaniu do poziomu wyjściowego już przekroczył wzrost cen tulipanów z naszej opowieści. 

Ale co to znaczy? Czy to oznacza, że wszyscy, którzy teraz kupują kryptowaluty to idioci, którzy nie zauważają oczywistej rzeczy i zaraz obudzą się z ręką w nocniku i z komornikiem na koncie? Niekoniecznie.

Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie jest ta bańka – i co ją napędza.

Wartość fundamentalna

Zrozumienie mechanizmu bańki nigdy nie będzie kompletne, dopóki nie odpowiemy na pytanie, co to jest wartość fundamentalna.

Przyjrzyjmy się aktywom (czyli formom przechowywania majątku) na wykresie powyżej. Ropa, tulipany, akcje. To wszystko ma jakąś wartość nawet, gdyby nie było światowych rynków finansowych. Ropą możemy ogrzać dom. Tulipanami przystroić willę holenderskiego patrycjusza. Akcjami możemy ewentualnie napalić w piecu, ale ich prawdziwa wartość bierze się jednak z czegoś innego.

Za każdą akcją kryje się pewna część działającego przedsiębiorstwa. Ono działa po to, by co jakiś czas wygenerować zysk i wypłacić część w postaci dywidendy. Jeżeli tak się nie dzieje, to z czasem akcjonariusze się irytują i wymieniają zarząd na inny. Gdyby istniała firma, o której wiadomo, że nigdy do końca świata nie wypłaci żadnej dywidendy, to akcje takiej firmy kosztowałyby zero.

Skoro to wszystko takie proste, to skąd takie wahania cen akcji, jakie widać każdego roku na rynkach?

Wahania biorą się stąd, że świat się zmienia i nie wiadomo do końca, jaką dywidendę firma wypłaci. Nie tylko nie wiadomo, jaka będzie dywidenda w przyszłym roku, ale tym bardziej nikt do końca nie ma pojęcia, czy będzie w stanie wygenerować zysk za pięć czy za dziesięć lat. Inwestorzy różnią się w ocenach, a poza tym nieustająco zmienia się koniunktura, perspektywy konkretnego rynku, a wreszcie ocena zarządu. W efekcie kursy akcji również się nieustająco zmieniają. Ich zmiany są odzwierciedleniem nowych informacji, które spływają co chwilę, i które zmieniają inwestorskie oceny perspektyw wypłaty dywidendy w perspektywie roku, dwóch, dziesięciu.

Jak wycenia się aktywa?

Zanim przejdziemy do Bitcoina, łatwiej będzie prześledzić mechanizm wyceny aktywów na przykładzie akcji.

Ktoś, kto chce zainwestować w akcje nie robi tego ze względu na teorie ekonomiczne, wzrost gospodarczy i plamy na słońcu. Pojedynczy inwestor chce zarobić. Jego celem jest zysk. Osiągnie go wtedy, gdy kupi akcje po cenie takiej, jaka akurat jest dostępna, otrzyma taką lub inną dywidendę, a potem akcje sprzeda z zyskiem. Łączna korzyść to suma:

  • otrzymanej dywidendy
  • różnicy między ceną zakupu a oczekiwaną ceną sprzedaży.

Kluczowe jest słowo „oczekiwana”. Zapamiętaj je, bo będzie się jeszcze pojawiać i jest kluczowe dla powstawania baniek.

Łącznie ludzie kupują określone aktywno, gdy suma zysków

  • jest dodatnia
  • zapewnia wystarczającą stopę zwrotu (czyli stosunek zysku do ceny zakupu) jak na czas inwestycji i ryzyko, z którym związana jest ona związana.

Teraz, drogi Czytelniku, warto wysilić szare komórki, bo będzie kawałek trudniejszy. Ale obiecuję, że warto. Warto dla Twoich zysków i dla zachowania spokoju ducha 🙂

Inwestor, kupując akcje, musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jaka jest oczekiwana cena sprzedaży. Bez tego nie przeprowadzi rachunku, który wypisałem powyżej. Żeby wiedzieć, kiedy stopa zwrotu jest wystarczająca, musisz wiedzieć, jaka jest oczekiwana cena sprzedaży. Oczywiście, nie jesteś wróżką. Jednak możesz założyć jedno.

Za rok (czy na ile tam planujesz inwestycję) odsprzedasz akcje komuś innemu. Osobie z krwi i kości, której najprawdopodobniej osobiście nie poznasz, bo będzie schowana za giełdowymi systemami komputerowymi.

Kim on będzie? Jak myśli? Ile będzie chciał zapłacić za akcje?

Skoro dokonując takiego rachunku myślisz racjonalnie, to możesz śmiało założyć, że on też będzie myślał racjonalnie. Będzie, podobnie jak Ty teraz, kalkulował, czy suma możliwej dywidendy i różnicy cen akcji zapewni wystarczającą stopę zysku. W jaki sposób podejmie decyzję inwestycyjną? Podzieli spodziewany zysk (czyli znowu: sumę dywidendy i różnicy cen) przez cenę zakupu. Jeżeli wyjdzie z tego dzielenia wysoka wartość, to kupi akcje. Jeżeli niska (lub ujemna), to ich od Ciebie nie kupi.

Co ważne, wynik tej operacji będzie zależał od ceny, którą mu, za pośrednictwem giełdy, zaproponujesz. Jeżeli cena będzie niska, to wartość inwestycji będzie niska, a kwota zysku – wysoka. W efekcie stopa zwrotu będzie wysoka, a chętnych na swoje akcje znajdziesz łatwo. Jeżeli zaoferujesz wysoką cenę, to stopa zwrotu będzie niska i kupujących nie znajdziesz.

Dlatego, zanim kupisz, już teraz możesz sobie wyobrazić, za jaką cenę uda Ci się sprzedać akcje za rok. Ten, kto je od Ciebie kupi, przeprowadzi dokładnie taką samą kalkulację, jak Ty teraz. A jakiś czas później kolejna osoba. I kolejna.

Możesz sobie wyobrazić łańcuszek inwestorów, którzy będą od siebie kolejno odkupowali akcje, dopóki tylko będzie istniała sama firma. W zależności od tego, jakie będą jej losy, ceny akcji będą szły w górę lub w dół. Warunkiem tego, żeby ceny szły w górę, jest wypłacanie przez firmę coraz wyższych dywidend.

Taki sposób wyceniania nazywamy wyceną według fundamentów. Jest on najczęściej spotykany i obowiązuje przez większość czasu na rynkach.

Jak rodzą się bańki?

Dlaczego więc czasem ten mechanizm się zacina? Dzieje się tak wtedy, gdy jakieś aktywo, obojętnie czy są to akcje, czy kryptowaluty, podlega skrajnej niepewności. Taka niepewność może mieć kilka źródeł. Najczęstszym z nich jest tzw. „zmiana paradygmatu”. Następuje ona wtedy, gdy zachodzą zjawiska rewolucyjne, których skutkiem może być zupełna zmiana sposobu myślenia o tym, jak działa świat.

Źródła takiej zmiany paradygmatu mogą być różne.

  • W przypadku tulipanów zmiana dotyczyła postrzegania tego, na co może sobie pozwolić bogate mieszczaństwo. Bogacąc się na handlu, odkrywało ono ogromne pokłady siły nabywczej, z których nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy.
  • Bańka dotcomów w okolicach roku 2000 brała się z kompletnej niepewności, czy i jak bardzo internet zmieni świat. Nikt tego do końca nie wiedział. Nikt nie był pewien, czy firemka zza roku w Los Angeles nie stanie się z dnia na dzień gigantem, który jej właścicielom zapewni miliardy. Z obecnej perspektywy łatwo się z tego śmiać, ale w końcu Google zaczynał właśnie wtedy. Pracowałem w tym czasie jako analityk finansowy w funduszu inwestycyjnym i pamiętam, z jaką powagą traktowaliśmy prognozy wzrostu rynku e-mediów ze stopą wynoszącą 129% rocznie (autentyk!).
  • Bańka cen nieruchomości bierze się stąd, że nikt nie jest pewien, czy przypadkiem nieruchomości nie są jedynym pewnym aktywem w tym zmieniającym się świecie. Przecież podaż powierzchni w centrum Londynu czy Warszawy nie będzie się zwiększać w nieskończoność. Dlatego to może właściciele nieruchomości będą jedynymi prawdziwymi beneficjentami nieustającego wzrostu dochodów. Przecież każdy musi gdzieś mieszkać.

No i wreszcie – bańka bitcoina i innych kryptowalut.

Wartość bitcoina?

Nikt nie wie, jak będzie wyglądał handel za 10 lat. Może to właśnie kryptowaluty zdominują wymianę i staną się jedynym powszechnie akceptowanym środkiem płatniczym? Są przecież wolne od głównej wady, która obarcza tradycyjne waluty. Nie można ich, przynajmniej w teorii, dodrukowywać w nieskończoność. Jeżeli zatem gospodarka światowa i wartość handlu będą rosły, to ich wartość, wobec w miarę stałej podaży, będzie również rosła.

Wszystko to powoduje, że dzisiaj bardzo jest trudno oszacować fundamentalną wartość jakiejkolwiek kryptowaluty. Lub inaczej – każda taka wycena obarczona jest tak dużym błędem, że łatwo ją zakwestionować.

Co dzieje się w takiej sytuacji z rynkiem i z kursem? Pamiętajmy, że mówimy o nowym, eksplodującym zjawisku. Może ono stanowić rewolucję w naszym sposobie myślenia – na skalę porównywalną z wprowadzeniem internetu.

Wtedy inwestorzy zaczynają patrzeć na drugi składnik zysku. Mniej patrzą na wartość fundamentalną i jej zmiany, a bardziej na oczekiwany wzrost cen. Jeżeli mamy aktywo

  • którego wartość fundamentalna jest niepewna i w gruncie rzeczy nie znana,
  • i którego cena rynkowa szybko rośnie od jakiegoś czasu

to łatwo się spodziewać, że będzie ono budziło pożądanie inwestorów.

Czy to jednak unieważnia całe nasze poprzednie rozumowanie? Czy to znaczy, że rozsądni i cwani skądinąd inwestorzy zaczynają się nagle zachowywać jak stado baranów?

Niekoniecznie. Oni nadal są racjonalni. Cała ich racjonalność polega na tym, żeby kupić teraz i sprzedać za jakiś czas po odpowiednio wysokiej cenie. Czy znajdzie się kupujący? Tak, pod warunkiem, że on też kupi z wiarą w to, że jeszcze później uda się mu sprzedać po odpowiednio wysokiej cenie. I tak dalej i tak dalej.

Inaczej mówiąc, inwestorzy znowu ustawiają się w łańcuszek. Tyle że teraz nie nastawiają się na cykliczne wypłaty dywidendy, tylko na to, że aktywo będzie nieustająco drożało. I to jeszcze drożało coraz szybciej – wykładniczo.

Dlaczego coraz szybciej? No bo każdy inwestor chce zachować wysoką stopę zwrotu. Wobec rosnącej ceny zakupu wzrost ceny musi być coraz większy, żeby stopa zwrotu była nadal atrakcyjna. Z drugiej strony znajdują się nabywcy którzy wierzą, że ten wzrost cen jeszcze trochę potrwa. Jak to możliwe? Jest to możliwe tylko dlatego, że nikt do końca nie wie, czy mamy do czynienia ze „zwykłym” aktywem, czy z czymś, co za moment zmieni świat.

 

Bańki pękają

To nie jest tak, że w fazie wzrostu ludzie nie zdają sobie sprawy z zagrożenia. Jednak każdy taki Kowalski robi bilans ryzyka, w jakie się pakuje i potencjalnych ogromnych zysków, jakie może osiągnąć. To często są sytuacje, gdy ktoś wpakował w takie aktywo majątek życia i stoi wobec sytuacji:

  • jak się uda, nie będę musiał pracować do końca życia
  • jak się nie uda, tracę praktycznie wszystko, co mam.

Niektórzy dobrze sobie radzą z takim stresem, inni gorzej. Podobnie jak jedni w kasynie zachowują zimną krew, a inni działają nerwowo. I nigdzie nie jest powiedziane, która strategia pozwala wyjść z kasyna w lepszym stanie.

Wszystko to działa, dopóki we wzroście cen nie widać sufitu. A nie widać go, bo nowe aktywo ma ogromne, nikomu jeszcze nie znane zastosowania i potencjał wzrostu. Oczywiście, z każdym kolejnym wzrostem rośnie też nerwowość. Aż w końcu wydarza się coś – drobna wpadka, plotka o wycofaniu się dużego inwestora. To może być dosłownie cokolwiek. Wystarczy, że szaleńczy wzrost choć na moment wytraci impet. Wtedy zaczyna się sprzedaż. Pamiętajmy, że cała jazda „do góry” napędzana jest od jakiegoś czasu głównie optymizmem i przekonaniem, że ceny rosną. Kto się nie załapie na tę jazdę do góry, ten frajer. Looser. Zero.

Ale teraz zaczyna się jazda w dół. Ona też nie ma granic. Jak już ten pociąg się rozpędzi, nie wiadomo, gdzie się zatrzyma.

Ta faza jest najciekawsza. Następuje gorączkowa próba oszacowania, gdzie jest poziom wyznaczony przez wartość fundamentalną. Ci, którzy oszacują ten poziom dobrze, wygrają.

Jaka jest więc wartość fundamentalna kryptowalut? Bitcoin i Ethereum są formą pieniądza. Co to w ogóle jest wartość fundamentalna pieniądza? Czy pieniądz może mieć wartość? Czy może mieć cenę? Skoro słoik ogórków ma cenę 5,99 wyrażoną w złotych, to w czym wyrazić cenę samego złotego? I jak ją obliczyć?

Na te i inne pytania odpowiem w przyszłotygodniowym wpisie.

Żeby go nie przeoczyć, zapisz się na mój newsletter. Obiecuję, że dowiesz się o nowym wpisie jako jeden (lub jedna) z pierwszych.

Pozdrawiam i życzę udanego inwestowania. Oczywiście nic, co tu piszę, nie powinno być bezpośrednio traktowane jako doradztwo inwestycyjne. Pamiętaj, że Twoim najlepszym doradcą inwestycyjnym jest Twoja własna głowa!

One Comment

  1. Piotr Krajewski 07/09/2018 at 16:45 - Reply

    Bitcoin to faktycznie dobra zabawa, dla osób, które lubią ryzyko. I dopiero po fakcie będzie można powiedzieć, kto zyskał kto stracił. Bo choć przewidywane zyski wysokie to i ryzyko duże. A to oznacza, że te przewidywane zyski wcale nie muszą się spełnić a zamiast tego spełni się wielka strata :(. Niestety nie ma mądrych, kiedy bańka pęknie (i czy to w ogóle bańka). Tak więc dobre jest to przywołanie w tekście kasyna :). Decyzję o tym, kiedy wyjść w Bitcoina (czy o tym, kiedy w niego wejść) można podejmować losowo, podobnie jak w ogóle w tego typu sprawach, o czym pisałem z Rafałem Jarosem jakiś czas temu 🙂
    http://forsal.pl/artykuly/669088,jak-grac-na-rynku-forex-rzucac-moneta-albo-nie-grac.html

Napisz swój komentarz